Ocalony diler

bez-nazwy-1

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i niech będzie uwielbiony w swoim Miłosierdziu.
W marcu 2012 roku, na jednej z ulic pewnego miasta, policja wraz z oddziałem antyterrorystów zatrzymała 42 letniego mężczyznę, wyciągnęli go z samochodu, skuli kajdankami. W aucie znaleziono dużą ilość narkotyków. Tym mężczyzna byłem ja. Co pomyślałem wtedy? Co poczułem? Może się zdziwicie, ale pomyślałem sobie: wreszcie się skończyło i poczułem ulgę oraz radość. Wyobraźcie sobie zdziwienie policjantów w czarnych kominiarkach, kiedy aresztowany przez nich człowiek im dziękuje. A tak właśnie zrobiłem, bo oni w pewnym sensie uratowali moje życie. Teraz WIEM, że to Bóg w tak drastyczny sposób wyciągnął rękę i mnie zatrzymał, zatrzymał mnie w mojej drodze ku zagładzie, zatrzymał proces samozniszczenia, który uruchomiłem w momencie podjęcia decyzji o przystąpieniu do grupy ludzi, którzy sprzedawali innym ludziom narkotyki.
Wyrzuty sumienia i poczucie, że robię coś strasznie niedobrego towarzyszyły mi od pierwszego do ostatniego dnia dilerki. Moje sumienie, choć tłumione przez potężne dawki narkotyków, które zażywałem wraz ze środkami psychotropowymi, nie dawało mi spokoju. Ktoś mi powiedział, że sumienie choć nie ma zębów, może człowieka mocno gryźć, a mnie po prostu zagryzało. Porzuciłem Rodzinę, wyprowadziłem się z domu, moje życie straciło sens, nie miało celu. Oficjalnym powodem odejścia była moja zdrada małżeńska, którą popełniłem z dziewczyną uzależnioną od prochów. Żona, choć podejrzewała, że dzieje się coś niedobrego, nie miała pojęcia w co się wpakowałem, choć tyle ze mną przeszła. Mój alkoholizm w fazie czynnej zrujnował mi w przeszłości karierę zawodową, wtrącił do więzienia na 4 długie lata za spowodowanie wypadku drogowego z tragicznym skutkiem. Zginął człowiek, a ja długo nie mogłem się z tym pogodzić i nie mogłem sobie tego wybaczyć. W tych wszystkich trudnych chwilach, moja żona była przy mnie, bo mnie kochała miłością bezwarunkową. Teraz widzę w tym działanie naszego Pana. On pokazywał mi, że nawet niedoskonały i grzeszny człowiek ma zdolność do takiego kochania. A ja uparcie odrzucałem miłość, miłość zarówno człowieka jak i Boga. Przestałem wierzyć, że Bóg może mnie kochać. Tyle razy się do niego modliłem, aby zabrał moje nałogi, aby mi pomógł w określonych sytuacjach – bezskutecznie. Nadal popełniałem te same błędy, te same grzechy. Straciłem wiarę, później straciłem nadzieję, a na koniec straciłem miłość. Takiej okazji zły duch nie mógł przepuścić.
Podczas pobytu w więzieniu spróbowałem narkotyków. Często powtarzałem sobie: diabłu rękę podam, a nie będę pił. No i mi podał – kolejne uzależnienie i jeszcze wmówił mi, że to lepsze od alkoholu, bo film się nie urywa, bo nie tracę panowania nad sobą no i ogólnie – same plusy. A to były kłamstwa, kłamstwa i ogólnie same kłamstwa. Ale teraz dopiero to dostrzegam, bo wyszedłem z ciemności. A dzięki niezasłużonej łasce, Pan uczy mnie stawania w Prawdzie. Wtedy byłem ślepy i głuchy. W tamtym czasie byłem we władzy diabła, myślałem pod jego dyktando, działałem pod jego dyktando. Byłem bezużytecznym naczyniem, które nadawało się – myśląc po ludzku – tylko do śmietnika. Lecz Jezus myślał inaczej. Mówił do mnie z głębi duszy, wołał poprzez moje sumienie, wołał z tego ostatniego miejsca, którego zły jeszcze nie opanował do końca. W momentach, gdy słyszałem Jego wołanie, miałem uczucie rozerwania, rozdarcia na strzępy. Stawałem w środku nocy w lesie i wyłem jak zwierzę, krzyczałem z bólu wewnętrznego lub pędziłem samochodem z myślą: walnę w to drzewo i skończę z tym wszystkim. I wiecie co? Gdy podjąłem taką właśnie decyzję i ze łzami w oczach rozpędzałem auto, wtedy dostałem sms’a od żony, zupełnie bez powodu, bo nie mieszkaliśmy razem i zerwaliśmy kontakt. Do dziś pamiętam jego treść: „Hej, jak się trzymasz?”. Stanąłem, rozpłakałem się i żyłem dalej. Bóg zadziałał i chwała Mu za to.
Ale wróćmy do roku 2012, do Roku Wiary. Dzień po aresztowaniu, dopadła mnie rozpacz. Wprawdzie coś złego się skończyło, ale przyszedł strach – co dalej? Do tego doszedł głód narkotykowy. Czułem się strasznie, na tyle źle, że lekarz przepisał mi środki na uspokojenie, co w aresztach jest rzadkością. Przeczuwałem, że wolności długo nie doświadczę, zdawałem sobie sprawę, jak w naszym kraju długo toczą się śledztwa, a jeszcze wiedziałem, że nie tylko mnie aresztowano. Policja od dłuższego czasu miała grupę pod obserwacją i zbierała dowody. Na dodatek zły duch podsunął mi myśl o samobójstwie, przekonywał, że to jedyne rozwiązanie, że nie mam w życiu już nic do zrobienia. Prawie mnie przekonał i myślałem, jak i kiedy to zrobię.
W celi zapragnąłem uwolnić się na jakiś czas od tych natrętnych myśli i od rozpamiętywania o tym, co się stało i co się może stać. Poszedłem do wychowawcy więziennego i zapytałem, czy ma jakieś książki, bo chciałbym się czymś zająć. I wydarzyło się coś, co z perspektywy czasu uznaję za wkroczenie Pana Jezusa w moje życie, co uważam za pierwszy krok na drogę nawrócenia. Jedyna książką, jaką dysponował oficer służby więziennej był “Dzienniczek” Siostry Faustyny! Wziąłem i zacząłem czytać. Miałem mgliste pojęcie, o czym jest ta książka. Kojarzył mi się film o Siostrze Faustynie Kowalskiej, która wierzyła, że rozmawia z Bogiem i uważano ją za niezrównoważoną psychicznie. Czytałem bez zrozumienia, bo w głowie kłębiły się setki myśli dotyczących spraw bieżących. W miarę czytania zacząłem uświadamiać sobie, że Pan daje nam, grzesznikom, dar, o którym mało wiedziałem: SWOJE MIŁOSIERDZIE, że Jego miłosierdzie jest większe niż nasza ludzka sprawiedliwość. Ta wiadomość, to przesłanie stało się dla mnie w tym momencie najważniejsze, było jak tratwa ratunkowa dla rozbitka, było niczym łyk powietrza dla tonącego. Przywracało to, co straciłem, czyli nadzieję i wiarę. Na miłość musiał przyjść czas. Zrozumiałem, że nie mam nic do stracenia, a wiele do zyskania. Postanowiłem spróbować zaufać Bożemu Miłosierdziu. I spełniły się na mnie słowa Psalmu:
Złożyłem w Panu całą nadzieję; 
On schylił się nade mną 
I wysłuchał mego wołania. 
Wydobył mnie z dołu zagłady 
I z kałuży błota, a stopy moje postawił na skale 
I umocnił moje kroki.
Wtedy podjąłem decyzję, że przyjmę ofertę prokuratora i będę zeznawał. Zdawałem sobie sprawę, że to może być niebezpieczne ze względu na ewentualną zemstę środowiska, ale wiedziałem również, że tylko tak zerwę wszystkie złe kontakty, że tylko w ten sposób dam sobie szansę na nowe życie po opuszczeniu murów więzienia. Był okres Wielkiego Postu, po celach chodzili kapelani, proponując sakrament pokuty i pojednania. Choć nie byłem do końca przekonany, że to już czas, abym do niego przystąpił – zgłosiłem się. Od wielu lat się nie spowiadałem, bo uważałem to za rzecz niepotrzebną – zresztą zgodnie z poglądami ludzi, z którymi od czasu do czasu studiowałem Biblię i „Strażnicę”. Z celi zabrano innych osadzonych. Zostałem sam na sam z księdzem Pawłem, w półmroku zacząłem zrzucać kamienie z serca, najpierw spokojnie, później ze łzami i szlochaniem. A kapłan nic nie mówił tylko trzymał mnie za rękę. Na koniec powiedział: „Macieju, ciesz się, bo otrzymałeś wielką łaskę”. Udzielił mi rozgrzeszenia i podarował mi mały drewniany krzyż wykonany przez jednego z więźniów. Nie miałem pojęcia, z czego miałbym się cieszyć, ani jaka to łaska – dopiero po latach zrozumiałem, że to łaska nowego życia w Jezusie Chrystusie. Krzyż ten mam do dziś i patrzę na niego, gdy jest mi ciężko. On mi przypomina, gdzie byłem wtedy, a gdzie jestem teraz dzięki tej łasce, dzięki wierze i dzięki Jego miłości oraz słowom: JEZU, UFAM TOBIE.
Po spowiedzi chciało mi się płakać i śmiać, i to robiłem, choć inni patrzyli na mnie stukając się w czoło. W niedzielę zapisałem się do uczestnictwa we Mszy Świętej. Działy się dziwne po ludzku rzeczy. Zbliżała się wyznaczona godzina, a kraty się nie otwierały. Wezwałem strażnika. On mi mówi, że ponieważ nikt oprócz mnie się nie zgłosił, to nie będzie mnie prowadził do kaplicy. Chyba, że kapelan zechce i po mnie przyjdzie. Ale JEZUS posłał swojego kapłana po mnie i przyprowadził skruszonego grzesznika przed swoje oblicze. W kaplicy był ON w dużym obrazie Jezusa Miłosiernego, kapłan i ja. Ja patrzący poprzez łzy w oczy Jego, czułem to spojrzenie pełne miłości, radości i smutku, że tyle musiałem wycierpieć, aby zrozumieć. Był niczym miłosierny Ojciec, przytulający syna marnotrawnego. Od tego momentu zaczęło się moje nawrócenie, które trwa dzień po dniu do dziś.
Parę dni później, ku mojemu ogromnemu zdziwieniu, odwiedziła mnie Żona. Przytuliła i wlała w serce nadzieję na odzyskanie Rodziny, dostrzegała możliwość wybaczenia mi moich kłamstw i zdrad. Po trzech miesiącach prokurator dotrzymał słowa i opuściłem mury aresztu. Wróciłem do domu i niestety zły upomniał się o swoje. W sposób dla mnie do dziś niezrozumiały, po morzu łez wylanych w miejscowym kościele postanowiłam wyprowadzić się i zamieszkać u tej młodej kobiety, z którą miałem wcześniej romans. Uznałem, że decyzja podjęta w kościele jest właściwa, że tylko w taki sposób mogę zapewnić bezpieczeństwo żonie i synowi, że ukryję się na odludziu przed ludźmi i wstydem. Ale nie ukryłem się przed Jezusem, który działał z mocą. Ustaliliśmy z młodą jedno: nie bierzemy żadnych narkotyków, modlimy się wspólnie i chodzimy regularnie do kościoła. Z ogromnym żalem musieliśmy zrezygnować z przyjmowania Komunii Świętej. Być tak blisko Pana, a nie móc Go dotknąć sercem – to bardzo boli. Pierwszą Mszą, na którą poszliśmy było czuwanie przed Zesłaniem Ducha Świętego ze wspólnotą Odnowy. Łzy wzruszenia, obecność Ducha Świętego choć niepełna, bo ograniczona naszą nieczystością rozpoczęła moją i Jej przemianę. Ta przemiana doprowadziła do tego, że po ponad roku mieszkania razem w dniu Wniebowstąpienia Najświętszej Mari Panny opuściłem jej dom i poprosiłem o przebaczenie moją żonę. I wierzę w to, że Maryja cudownie sprawiła, iż niemożliwe stało się realne i wróciłem do rodzinnego domu. Maryja zadbała też o tę drugą kobietę, jest w ruchu charyzmatycznym i wielbi gorliwie Pana. Ja również znalazłem swoją wspólnotę w mojej parafii. Poprzez udział w rekolekcjach, ćwiczeniach duchowych, modlitwę wspólnotową, posługę lektora na Mszach Świętych staram się pogłębiać miłość do Pana naszego Jezusa Chrystusa, aby Mu lepiej służyć, gdyż oczywistą prawdą są Jego słowa z Ewangelii św. Łukasza: Komu wiele darowano, więcej będzie miłował, bo przez wielką miłość mogą być odpuszczone liczne grzechy.
Pokornie proszę Was, Bracia i Siostry, o modlitwę za mnie i za moją Żonę, by i ona odnalazła prawdziwą wiarę. Chwała Panu za Jego niepojęte miłosierdzie. Wybrałem drogę prawdy, pragnąc Twych wyroków. Ucz mnie, bym przestrzegał Twego prawa i zachowywał je całym sercem. Prowadź mnie ścieżką Twoich przykazań, bo przynoszą mi radość.

Maciej, 2016-10-08

źródło: www.faustyna.pl 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *