MOJA MIŁOŚĆ

fot.Nattu/flickr.com
fot.Nattu/flickr.com

 

No i masz… No to mam posprzątane… Ja, ksiądz, zakochałem się. Niby mówią, że nieważne to, że się ksiądz zakocha, ważne, co z tym zrobi. Ale muszę przyznać – nie wygląda to dobrze.

Wszystko zaczęło się w sumie bardzo dawno temu. Robiła do mnie zaloty, czy – jak kto woli – paliła cholewki już wtedy, gdy byłem klerykiem. Widywaliśmy się dość regularnie. Tzn. ona mnie widywała, bo ja nie za bardzo zwracałem na nią uwagę. W miarę co tydzień, albo w piątki, albo niedziele, jeździliśmy z seminarium do Łagiewnik na asysty mszy telewizyjnych. Kto by tam wtedy patrzył wokół siebie? A ona patrzyła. Tu coś się uśmiechnęła, tam zaczepiła. A człowiek ślepy był jak kret.

Najbardziej podejrzana okazała się sytuacja na zakończenie życia seminaryjnego. A właściwie u samego początku życia kapłańskiego. Nazajutrz po święceniach… Okazało się, że mam w imieniu całego mojego rocznika księży odprawić mszę telewizyjną w Łagiewnikach, w kaplicy sióstr. Czy ona tam była? Oczywiście, że tak: w pierwszym rzędzie. Czuję nawet, że mogła maczać palce w całej tej akcji sprowadzenia mnie do Łagiewnik. Wtedy sporo porozmawialiśmy. Było super. No i  pocałunek na pożegnanie…

Ale tyle tego było. Zakochany na pewno jeszcze wtedy nie byłem. Nie było czasu. Wpadłem w wir życia parafialnego w Skawinie. Szkoła, Domowy Kościół, „SkaWIARniA” (nasze duszpasterstwo akademickie), msze dla dzieci, kochane „Kruszynki” z Wiary i Światła – krótko mówiąc: młyn. Od czasu do czasu gdzieś tam się zobaczyliśmy, bo wpadała między mszami do kościoła. (Choć raz na mszy też pamiętam, że była: 5 października). Ale skończyło się dobre. Wyjechałem na studia do Paryża. I tu kontakt się praktycznie urwał. Aż do pewnego momentu, gdy zawitała na dobre w moim życiu i zdałem sobie sprawę z tego, że jestem zakochany po uszy.

Ni stąd, ni zowąd, pojawiła się w budynku, gdzie mieszkam i zaczęła podsuwać pewne teksty, z których zacząłem garściami czerpać, bo przydawały się na ambonę. Tu kazanie, tam rekolekcje, gdzie indziej dni skupienia – bardzo mi pomogła wtedy. Ale w sumie najważniejsze jest to, że otworzyła mi oczy na rzeczywistość wokół mnie: na to, że Jezus jest miłosierny i że trzeba Mu we wszystkim i do końca ufać. Takiej zmiany właśnie dokonała w moim życiu. Ona: św. Faustyna – moja miłość.

ks_Rafal.001 (1)

Jedna myśl w temacie “MOJA MIŁOŚĆ”

  1. Bardzo piękna historia miłosna 🙂
    Na początku jak za czełam czytać myślałam,że chodzi o inną miłość a tu po chwili wielkie zaskoczenie dla mnie miłe zaskoczenie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *