Tydzień cudów

fot.Steven C Wilson/flickr.com
fot.Steven C Wilson/flickr.com

                Mam na imię Bartłomiej i chcę podzielić się moim świadectwem nawrócenia i działania miłosiernego Boga w moim życiu za wstawiennictwem św. Siostry Faustyny. Pochodzę z małej wioski oddalonej ok. 60 km od Krakowa. Dorastałem w rodzinie religijnej, gdzie codziennie odmawiany był różaniec i odkąd pamiętam Koronka do Miłosierdzia Bożego.

Do szkoły średniej musiałem dojeżdżać autobusem, a mając przystanek oddalony około 30 min. marszu od domu zawsze ten czas potrafiłem wykorzystać na modlitwę. Po raz pierwszy do Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach zabrała mnie siostra (tuż przed maturą) w 2004 r. Pamiętam jak wtedy poczułem niesamowite ciepło bijące z cudownego obrazu Jezusa Miłosiernego. Było to dla mnie ogromne przeżycie! Stojąc przed wyborem dalszej drogi życiowej – zwróciłem się do Boga z prośbą o pomyślne zdanie egzaminów do krakowskiej szkoły teatralnej. Niestety w III etapie egzaminów (ostatnim) zabrakło mi dosłownie kilku punktów do pomyślnego zdania na wymarzony kierunek. Byłem załamany. Nie miałem planu „B”, jednak zdecydowałem, że złożę papiery na politologię na UJ i pójdę do pracy, ponieważ nie chciałem nadwerężać budżetu rodziny.

Po 5 latach miałem dobrą pracę w korporacji, ukończone studia na dobrym uniwersytecie, jednak czułem pustkę. Czułem, że oddalam się od Boga. Stawałem się egoistą, nie miałem radości życia. W wieku dorastania szatan zniewolił mnie grzechem masturbacji, czułem obrzydzenie do siebie, a nie potrafiłem się z tego „bagna” wyrwać. Następnie pojawiła się pornografia. Zacząłem zaniedbywać modlitwę poranną i wieczorną, a z czasem przestałem się modlić i myśleć o Bogu. Zachłysnąłem się współczesnym światem i robieniem kariery. W pracy dawałem z siebie wszystko i otrzymywałem za to dobre wynagrodzenie. Zamiast modlitwy przesiadywałem godzinami w internecie i czytałem te same informację po kilka razy marnotrawiąc swój czas.

Punktem zwrotnym w moim życiu była spowiedź w klasztorze w Łagiewnikach, przed cudownym obrazem Chrystusa Miłosiernego i relikwiami Św. Siostry Faustyny. Wyspowiadałem się z wszystkich moich grzechów, w sposób bardzo szczery, z kilku Komunii świętokradczych, które przyjąłem, bo wstydziłem się przed rodziną nie przystąpić do Komunii w święta – kilka dni po spowiedzi (grzech samogwałtu). Po tej szczerej spowiedzi czułem, że odbijam się od dna! Poczułem niesamowitą moc w swoim sercu i czystość myśli i pragnień. Modliłem się codziennie Koronką do Miłosierdzia Bożego na różańcu zakupionym w furcie z relikwiami Św. Siostry Faustyny. Nie nachodziły mnie żadne pokusy nieskromne! Był to dla mnie cud, bo wielokrotnie próbowałem wyjść z nałogu samogwałtu, ale zawsze wcześniej czy później upadałem. Wróciłem do modlitwy, poczułem potrzebę chodzenia na Mszę św. również w tygodniu, nie tylko w niedzielę.

Ostatnie miesiące mojego życia są dla mnie wyjątkowe i pełne łask. W pracy miałem obiecaną podwyżkę i awans, tylko musiałbym „w zamian” niesłusznie oczernić kilka osób przed dyrektorem i być jego „informatorem”. (…) Czułem, że to była próba przed Jezusem. Jeszcze kilka miesięcy temu pewnie nie zawahałbym się tego zrobić – „po trupach, do celu”. Nie zrobiłem tego. Kilka dni później złożyłem wypowiedzenie. Wszyscy zastanawiali się, co ja robię! Gdzie znajdę taką dobrą pracę w takiej niedużej miejscowości. Miałem rozpoczętą budowę domu, a mojej żonie kończyła się umowa w tym samym dniu, kiedy okres mojego wypowiedzenia. Każdy powiedziałby, że postąpiłem nieodpowiedzialnie, nawet ja sam momentami miałem taki wyrzut. Nazajutrz otrzymałem telefon od przedsiębiorcy, który dowiedział się o mojej rezygnacji i zaoferował mi pracę na podobnym stanowisku za podobne pieniądze, w tej samej miejscowości!

To był tydzień 3 cudów (bo tak to nazywam).

Kilka dni później, otwierając drzwi w samochodzie na stacji benzynowej, samochód wjechał we mnie przyczepą, gdybym zdążył postawić choć jedną stopę na ulicy, miałbym ją zmiażdżoną – tak jak bok moich drzwi… Trzy dni po tym zdarzeniu pomagałem ciupać drewno mojemu tacie, po 6 godzinach pracy – najwyraźniej zmęczony i znużony niefortunnie uderzyłem ostrzem siekiery w lewego kciuka. Chirurg podczas zszywania palca powiedział, że miałem sporo szczęścia, że ścięgna nie zostały uszkodzone i dzięki temu będę mógł ruszać palcem bez przeszkód.

Te trzy wydarzenia przybliżyły mnie do Boga jeszcze bardziej. Postanowiłem pojechać do Łagiewnik i podziękować Jezusowi Miłosiernemu i św. Siostrze Faustynie za opiekę. Staram się codziennie brać udział w Eucharystii. Przeczytałem „Dzienniczek” św. Siostry Faustyny, czytam książki bł. ks. Michała Sopoćki, a kilka tygodni temu stałem się wolontariuszem w Stowarzyszeniu Apostołów Bożego Miłosierdzia „Faustinum”. Bardzo dużo się modlę. Kilka razy dziennie odmawiam Koronkę do Miłosierdzia Bożego w różnych intencjach: za dusze w czyśćcu cierpiące, za grzeszników, za chorych.

Od 3 lat bezskutecznie staramy się z moją żoną o pierwszego potomka. Do niedawna miałem wyrzuty sumienia, że Bóg karze nas tym oczekiwaniem za moje grzechy… Ponad rok temu podjęliśmy leczenie u jednego z najlepszych lekarzy w dziedzinie niepłodności. Zarówno moje jak i żony badania są w normie. Tydzień temu jadąc na wizytę do lekarza wstąpiliśmy na Mszę św. do Sanktuarium Miłosierdzia Bożego do Łagiewnik. Gorąco modliliśmy się o ten cudowny dar. Po Mszy św. mając do przejechania zaledwie 6 km utknęliśmy w tak sporym korku, że mając do wizyty ponad 1 godzinę i 15 minut spóźniliśmy się, a żona została przesunięta na koniec kolejki. Lekarz podczas 5 minutowej wizyty powiedział, że kolejnym krokiem powinna być inseminacja… Potraktowaliśmy z żoną to zdarzenie ze spóźnieniem jako znak, ponieważ od początku chcemy poczęcia naturalnego, bo to Bóg jest dawcą życia i śmierci.

Ja uczę się za moją Św. Faustyną mówić do Jezusa: “Dasz mi zdrowie – dziękuję, dasz mi chorobę – dziękuję, dasz mi długie życie – dziękuję, dasz mi śmierć – dziękuję”. Napisałem „moją” ponieważ urodziłem się 5 października 1985 r. (całkiem niedawno odkryłem, że 5. października jest dniem narodzin dla nieba św. Faustyny i pamiątką jej liturgicznego wspomnienia), a dzisiaj w domu rodzinnym znalazłem pamiątkę z Pierwszej Komunii Świętej – obrazek z moim imieniem i nazwiskiem z wizerunkiem Jezusa Miłosiernego z napisem „Jezu, ufam Tobie” i postanowiłem, że podzielę się moim świadectwem.

Bartłomiej

 

Świadectwo opublikowane na www.faustyna.pl

POJEDNANIE WRÓŻKI Z BOGIEM

fot.www.fronda.pl
fot.www.fronda.pl

 

             Moja babcia, mimo że ma 88 lat, jest jeszcze w dobrej formie. Jest katoliczką, ale prawie przez całe życie właściwie tylko na papierze. Dla nas (wnuków) była zawsze dobra, bo broniła nas (mnie i moje rodzeństwo) przed ojcem, który nas bił. Nie pamiętam jednak babci, by kiedykolwiek się modliła w domu lub żeby szła do kościoła. Natomiast przez całe swoje życie zarobkowo wróżyła z kart i z tak zarobionych pieniędzy utrzymywała nas. Uchodziła (na jej nieszczęście) za dobrą wróżkę, dlatego ludzie z okolic przychodzili do niej, nieraz czekali w kolejce, a nawet jej pomagali skończyć jakieś prace, żeby tylko była gotowa do wróżenia. Jako dziecko uważałam to za normalne zajęcie i nie wiedziałam, że wróżby z kart są tak szkodliwe i przynoszą tyle nieszczęść.

Mieszkam w Niemczech, a moja babcia mieszka teraz w Polsce, u swojej córki, czyli mojej mamy. Mimo tak podeszłego wieku nie widziała jednak potrzeby ani modlitwy, ani udziału w Eucharystii. Nawet jak dziadziuś (jej mąż) umarł, nie poszła na Mszę świętą. Uważała pewnie, że skoro całe życie spędziła bez modlitwy i sakramentów, to teraz też jest to jej niepotrzebne. Od jakiegoś czasu zrobiła się jednak bardzo niedobra. Krytykowała ludzi, którzy chodzą do kościoła i się modlą, mówiła, że coś ją straszy, że boi się śmierci, ale modlić się nie chciała. Mama chciała poprosić księdza, żeby się wyspowiadała, ale babcia nawet słyszeć o tym nie chciała. Ten stan babci przerażał mnie. Zawsze o niej pamiętałam w modlitwie, ale gdy się o tym dowiedziałam, to zaczęłam myśleć nad tym, co jeszcze mogę zrobić. Pod koniec sierpnia ubiegłego roku postanowiłam, że będę odmawiać Koronkę do Miłosierdzia Bożego i błagać Pana Jezusa o litość nad babcią, żeby przystąpiła do spowiedzi i pojednała się z Panem Bogiem przed śmiercią, która przecież kiedyś nastąpi.

We wrześniu ubiegłego roku dowiedziałam się, że babcia miała zawał i leży w szpitalu. Ta wiadomość przeraziła mnie. Od razu pomyślałam, że może umrzeć, a jeszcze się nie pojednała z Panem Bogiem, jeszcze nie przystąpiła do spowiedzi świętej. Jeszcze goręcej się modliłam w jej intencji. Płakałam i błagałam, płakałam i błagałam Jezusa o miłosierdzie dla mojej babci. Prosiłam o litość nad nią, bo kiedyś wyświadczyła nam tyle dobra, u niej mogliśmy znaleźć schronienie przed niedobrym ojcem. Ufałam, że Pan Bóg będzie pamiętał o tym, co dobrego zrobiła, i ulituje się nad nią, dając łaskę sakramentalnej spowiedzi.

W niedzielę, 27 września, zadzwoniłam do mamusi i zapytałam o babcię. Dowiedziałam się, że babcia musi jeszcze zostać w szpitalu, ale już wydarzył się wielki cud. Otóż, babcia powiedziała mamusi tak: Był tu ksiądz. Był dwa razy. Wyspowiadałam się. Na sali byłam sama. Przyjęłam Komunię świętą i pocałowałam księdza w rękę – dodała – Teraz mogę umierać. Babcia otrzymała od księdza obrazek Jezusa Miłosiernego, na którym jest napisane: Spowiedź i Komunia święta przyjęta 22 września 2009. Podczas naszej rozmowy telefonicznej mamusia zwróciła uwagę na datę, bo był to dzień moich urodzin. Rozpłakałam się z radości jak dziecko.

Ukochany, Panie Jezu, dziękuję Ci z całego serca. Przekonałam się, że Ty nie odmawiasz łaski potrzebnej do zbawienia nawet tym, którzy całe życie zmarnowali żyjąc z dala od Ciebie, Ty pragniesz zbawienia dla każdego człowieka.

V. B. z Niemiec

Świadectwo opublikowane w “Orędziu Miłosierdzia” nr 84